Sargath
Archiwum
Kategorie bloga
Statystyka roczna
Zajrzało tu od października 2010
Dane wyjazdu:
206.17 km
0.00 km teren
Choszczno
Poniedziałek, 30 kwietnia 2012 · dodano: 09.05.2012 | Komentarze 16
Długi weekend i cały tydzień wolny, do tego super pogoda sprowokowała mnie do czegoś mocniejszego. W niedzielę jadąc praktycznie tymi samymi drogami samochodem bardzo spodobały mi się okolice i w ten sposób rodził się plan na poniedziałek – do Choszczna i z powrotem. Dodatkowo tereny te są mi nieznane z rowerowego punktu widzenia, więc będzie coś nowego i okazja zaliczenia dodatkowych gmin. Początkowo miała to być zwykła wycieczka, ale już na początku wyszło na to że mam być w Stargardzie najpóźniej na 15:00. Z rana jeszcze marudziłem i wyjechałem dopiero po 9:00 więc zastanawiałem się czy w ogóle brać aparat, no… ale :)Najbardziej to nie lubię tras wyjazdowych z miasta, a zwłaszcza przez prawobrzeże, do tego jeszcze przez Struga wali się jak przez plac budowy, w okolicach podwórka Romano vel Trenejro scentrowałem sobie przednie koło tak na początek, zaliczając niezłą dziurę której nie zauważyłem, bo jechałem za busem :))) Sprawdziłem, kapcia nie załapałem więc można jechać dalej. Potem jeszcze kilku frajerów w puszkach i skręcam na Pyrzyce. Do Pyrzyc po prostu bomba nie schodzę poniżej 38-40 km/h. Zrobiłem sobie niezły zapas czasu. Z Pyrzyc skręt na Przelewice.

W drodze do Przelewic© sargath7
Od Przelewic drogi to jedno wielkie sito, do tego oznaczenia to jakaś masakra, musiałem się kilka razy zatrzymywać żeby na gps’a luknąć kiedy się okazało, że jadę w złym kierunku.

Ruiny kościoła w Płońsku/k ... niczego© sargath7

Zielono na trasie...© sargath7

... i żółto.© sargath7
Trochę było błądzenia, ale krajobrazy wszystko rekompensowały, niestety nie miałem czasu co by focić więc pozostało tylko podziwianie. Prędkość przelotowa spadła, bo teren już mniej płaski, wiatr zaczął się boczny, na szczęście tereny mocno osłonięte to nie dawał się tak we znaki, najbardziej szkoda było jednak kół. Naiwnie myślałem, że dowiozę fajną średnią do domu, bo do Pyrzyc miałem ponad 35, ale to nie realne u mnie na takim dystansie, a pod wiatr to już w ogóle :) Po błądzeniu, psioczeniu na drogi i masakrycznym upale o którym jeszcze nie wspominałem dotarłem do Choszczna w dobrym czasie. Pomyślałem, że teraz lajcik już do Stargardu więc zrobiłem sobie dość długi ponad półgodzinny popas nad jeziorem w Choszcznie.

Nad jeziorem Klukom w Choszcznie© sargath7

Promenada nad jeziorem w Choszcznie© sargath7

Perkoz - po raz enty :)© sargath7

Kościół w Choszcznie© sargath7
Ogólnie Choszczno to straszna wioska zabita dechami, a kierowcy stąd powinni być wysyłani na jakieś psycho testy, bo na potęgę wymuszają pierwszeństwo, wyprzedzają na hama żeby zaraz skręcić w boczną uliczkę lub stanąć w pole position na czerwonym, czy też walących głowami o klakson.
Ten długi postój nie był dobrym pomysłem, bo po wyjeździe z wioski dostałem takiego wiatru w ryj, że myślałem, że walnę rower w krzaki i wrócę stopem. Czasu miałem na styk więc na płaskim obowiązkowo musiałem utrzymywać trzy dyszki. Po dojechaniu do Suchania byłem wyprany totalnie, a lżej nie było. Z Suchania główną już do samego Stargardu gdzie melduję się około 14:30, szybko wsunąłem jeszcze hot-doga koło dworca, aby kilka minut przed piętnastą być w umówionym miejscu.
Na koniec pozostał tylko odcinek Stargard – Szczecin, z miasta wydostałem się przed szesnastą i zbliżając się do Szczecina około siedemnastej do dwóch stówek brakowało mi około 15 km, więc zaplanowałem sobie trochę traskę na około dokręcając przez miasto.
Słońce przez całą drogę tak przypiekało, że zjarałem sobie łapy masakrycznie, przez trzy dni byłem niepełnosprawny po tym :D
P.S. cztery nowe gminy wpadły :))
Kategoria: 200 km <, Trening szosa, Wycieczka
Dane wyjazdu:
140.11 km
3.00 km teren
Szczecin – Uznam – rekonesans
Sobota, 28 kwietnia 2012 · dodano: 07.05.2012 | Komentarze 0
Tym razem bez fot, szkoda, bo była świetna pogoda, ale mało czasu było i tak jak napisałem miał to być tylko rekonesans.Ustawiłem się z Pawłem na Moście Długim o 7:15, zaliczyłem małe spóźnienie akademickie i mogliśmy ruszać :) Nie brałem aparatu więc chciałem trochę przycisnąć i od początku wrzuciliśmy mocniejsze tempo, Axis co by mu nie było za mało wziął plecak jako balast i jaszcze zanim wyjechałem z chaty poprosił o dodatkowe dociążenie, zdziwiłem się, no ale kumplowi się nie odmawia i zabrałem ze sobą kilka do niczego mi niepotrzebnych rzeczy które mu doładowałem na plecy :)))
Tak więc tempo od początku wyższe niż zwykle i równe. Pierwszy postój na koks pod Goleniowem, następnie w Stepnicy przy sklepie, trzeci wymuszony w Wolinie (akurat most obracali), czwarty postój też wymuszony (kumpel zadzwonił), ale z tym czwartym to niezłe jaja były, bo zatrzymaliśmy się za Dargobądzem, rower na bok i siadłem sobie na skarpie rowu co by wygodnie pogadać, gadam może z minutę, gdy spostrzegłem, że oblazły mnie mrówki mutanty, masakra jakaś cholerstwa było pełno, prawdopodobnie na mrowisku usiadłem :D:D:D Za nim się otrzepałem to mnie trochę podziobały, gnidy jedne. Szybko z powrotem na rowerach i dopiero legliśmy na promie.
Suma przerw to około 15 minut i średnia ponad 31 km/h. Od teraz wolniej, bo zaczął się rekonesans. Nad morzem pogoda super, przyjemny wiaterek od morza, w samym Świnoujściu trochę zrobiło się chłodno, bo między Szczecinem, a Świnoujściem różnica temperatur to około 8 st. C. Dalej już było lepiej. Zaliczyliśmy trochę terenu gdzie oczywiście trzeba było targać rower na plecach, a i ogólnie na ścieżkach tempo spokojne, bo dużo Hansów się szwendało.
Po krótkim i wolnym rekonesansie z braku czasu trzeba było posiłkować się „rumuńskim” składem PKP (tak, tak wiem polskie koleje dla niektórych są cudem techniki). W Szczecinie dość późno, ale i tak przed założonym czasem.
Kategoria: 100 km <, Niemcy, Trening szosa
Dane wyjazdu:
38.11 km
0.00 km teren
Praca
Piątek, 27 kwietnia 2012 · dodano: 06.05.2012 | Komentarze 0
Kategoria: Praca
Dane wyjazdu:
25.61 km
0.00 km teren
Praca
Czwartek, 26 kwietnia 2012 · dodano: 06.05.2012 | Komentarze 0
Kategoria: Praca
Dane wyjazdu:
25.21 km
0.00 km teren
Praca
Środa, 25 kwietnia 2012 · dodano: 06.05.2012 | Komentarze 0
Kategoria: Praca
Dane wyjazdu:
25.19 km
0.00 km teren
Praca
Wtorek, 24 kwietnia 2012 · dodano: 06.05.2012 | Komentarze 0
Kategoria: Praca
Dane wyjazdu:
25.54 km
0.00 km teren
Praca
Piątek, 20 kwietnia 2012 · dodano: 06.05.2012 | Komentarze 0
Kategoria: Praca
Dane wyjazdu:
25.43 km
0.00 km teren
Praca
Czwartek, 19 kwietnia 2012 · dodano: 06.05.2012 | Komentarze 0
Kategoria: Praca
Dane wyjazdu:
139.50 km
0.00 km teren
Prenzlau – szlakiem pięciu jezior
Sobota, 14 kwietnia 2012 · dodano: 05.05.2012 | Komentarze 1
Rekreacyjny wypad z Pawłem do NRD, trasa jak zwykle w moim wykonaniu, ale bez udziwnień przez znane i lubiane wioseczki niemieckie. Wypad zaplanowany wcześniej z ideą spokojnej jazdy więc musieliśmy odmówić chłopakom z Głębokiego :(Wyjazd około ósmej bardzo ociężale w kierunku Lubieszyna, gdzie na orlenie nie mogłem się oprzeć jak zwykle hot-dogom. Na szybko przy okazji postoju wkuwałem nazwy niemieckich wioch, bo wstępnie mieliśmy plan objechania jeziora w Prenzlau dookoła tak jak w ubiegłym roku z nieistniejącym niestety już TC-Team. Czas jednak nie pozwolił na takie eskapady i wyszło że posiedzieliśmy tylko nad jeziorem.
Wracając do trasy w Lubieszynie zamiast jechać na Locknitz, skręciliśmy w Linken na Grambow zaliczając nową ścieżkę asfaltową którą wybudowali przy okazji remontu tamtejszej drogi. Kolejny stop mieliśmy w Lebehn i pierwsze jeziorko.

Nad jeziorem Lebehnscher© sargath7

W Lebehn nad jeziorem© sargath7
Drugie zaliczyliśmy w Penkun. Kręcąc po mieścinie zatrzymaliśmy się przy bramie zamku, gdzie zostałem rozpoznany przez Mirka po chwili rozmowy udaliśmy się nad jezioro, aby po chwili kontynuować dalej nasze trasy.

Widok na zamek w Penkun© sargath7

Nad jeziorem Schlossee© sargath7

Zegar słoneczny na zamku w Penkun© sargath7

Promenada w Penkun© sargath7

Nad jeziorem© sargath7

Jezioro Schlossee© sargath7
Z Penkun jechaliśmy już Szlakiem Epoki Lodowcowej i zaczęły się fajne hopki które spodobały się Pawłowi. Pogoda i krajobrazy sprzyjały kręceniu więc można było cisnąć, a że zwykle podjazdy mi sprzyjają to trochę za bardzo zakręciłem i zgubiłem kumpla. Do Grunower wjechałem z kilku minutową przewagą, więc mogłem trochę popstrykać trzecie jeziorko dzisiejszego dnia:P

Nad jeziorem Grunower© sargath7

Jezioro Grunower© sargath7

Nad jeziorem© sargath7

Nad jeziorem w Grunow© sargath7
Do Prenzlau było już blisko I za chwilę byczyliśmy się na promenadzie czwartego jeziora, a że włączył nam się okropny leń i czas biegł nieubłagalnie to darowaliśmy sobie właśnie wtedy objazd dookoła.

Jezioro Unteruckersee© sargath7

Nad jeziorem w Prenzlau© sargath7

Nad jeziorem w Prenzlau© sargath7

Nad jeziorem w Prenzlau© sargath7

Nad jeziorem w Prenzlau© sargath7
W drodze powrotnej jeszcze odwiedziliśmy rynek, na którym jeszcze nie byłem nigdy, taki trochę dziwny chaos tam panował...

Na rynku w Penzlau© sargath7
..oprócz dziwnej baby w dziwnych spodniach jak astronauta, natknęliśmy się też na dziką świnię...

Na rynku w Prenzlau© sargath7
Droga powrotna już standardowa przez Brussow i do tego niecały tydzień temu też tu byłem ale w innym składzie, dlatego do fot się nie paliłem, ale za to obserwowałem wyścig na balkonikach z okolicznego domu starców.

Czołówka przed kreską© sargath7

Promenada w Brussow© sargath7
Dalej przez Locknitz z odbiciem na Plowen gdzie po drodze próbował wejść nam na koło jakiś kolarz na mtb, ale szybko odpuścił :P
Granicę minęliśmy w Buku, niestety po drodze na przejściu nie trafiliśmy na żadnego amatora skracania sobie drogi więc obyło się bez akcji :)
Dane wyjazdu:
25.56 km
0.00 km teren
Praca
Piątek, 13 kwietnia 2012 · dodano: 05.05.2012 | Komentarze 3
Kategoria: Praca
Dane wyjazdu:
149.47 km
3.00 km teren
Strasburg
Niedziela, 8 kwietnia 2012 · dodano: 26.04.2012 | Komentarze 3
No i święta.Szybko czas zleciał i mimo całego tygodnia urlopu od pracy przed świętami nie znalazłem chwili na jakikolwiek wypad rowerowy. Wreszcie gdy nastała sobota znalazł się i czas i ludzie, niestety pogoda zrobiła sobie żart, jakby deszczu w ciągu całego dnia było mało to jeszcze wieczorem spadł śnieg i zacząłem się zastanawiać czy to Boże Narodzenie, czy Wielkanoc. Pomyślałem, że nici z jazdy w ten weekend, ale zerknąłem na ICM i niedziela wyglądało na to, że miała być pogodna, bezdeszczowa i w miarę ciepła, to ostatnie słabo się sprawdziło. Tylko teraz jak tu pogodzić świąteczne śniadanie z jazdą na rowerze, no nic trzeba było wymyślić jakiś krótki dystansik. Zapomniałem napisać, że ustawiłem się na niedzielne rowerowanie z Adrianem, a dogadaliśmy się na 12:00 u mnie pod chatą, koniec końców to wyjechaliśmy ode mnie o 13:00.
Ostatnio jak robiłem traskę przez Niemcy to musiałem z pętli wykreślić Strasburg, więc teraz trzeba było nadrobić zaległości. Ułożyłem trasę w postaci wąskiej pętli z zachodu na wschód, bo wiatr zalatywał z północy. Na początek do Strasburga na wprost przez Locknitz i Pasewalk. Trasa oklepana więc nie będę się specjalnie rozwodził. Z początku nie mogłem znaleźć optymalnej wersji ubioru i kilka razy się w trakcie przebierałem, potem postój przed szlabanem na obrzeżach Locknitz, następnie od Locknitz do Pasewalku tak nam zaczęło wiać w ryj i do tego zimny wiatr, że zacząłem się zastanawiać czy nie zakończyć na Pasewalku :P
W Pasewalku dłuższy postój na rogatkach - żarcie i obliczanie czasu potrzebnego na pierwotny dystans, początkowo nasza pętelka miała być bardziej pękata, niestety z braku czasu musieliśmy ją trochę odchudzić i w prostej linii uderzyć na Strasburg. Chwila postoju i już robiło się zimno, najgorzej było jak słońce chowało się za chmury.
Kolejny postój bardzo szybko, bo uwagę naszą zwróciły akrobacje szybowcowe w pobliżu Papendorf, znajduje się tam chyba jakieś polowe lotnisko lub teren należy do lokalnego aeroklubu.

Loty za Pasewalkiem© sargath7

Szybowiec© sargath7
Dalej miało być już bez opierniczania, no ale na 5 km przed Strasburgiem fajnie się rozpogodziło, więc wyszła z tego dłuższa sesja :D

Wypogadza się© sargath7

Szosa w trasie© sargath7

Wśród traw© sargath7

W drodze po horyzont© sargath7

Harmonia© sargath7

Czasem trzeba przystopować© sargath7

W końcu do domu będzie trzeba wrócić© sargath7
Już w Strasburgu zajechaliśmy nad zawsze pomijane jezioro Stadtsee.

Jezioro Stadtsee© sargath7
Słońca mało więc, Adrian nadrabiał :P

Adrian i jego nowa fucha© sargath7

Wiosna w pełni© sargath7

Perkoz dwuczuby© sargath7
Potem zahaczyliśmy o mini ryneczek i z powrotem koło jeziora, gdzie odbijamy na południe w poszukiwaniu nie istniejącej miejscowości.

Rzut okiem za siebie© sargath7
Za sobą na horyzoncie zostawiamy Strasburg i mijając niemieckie wioseczki, spokojnymi drogami powoli obieramy wschodni kierunek.

Samotny łowca wiatru© sargath7

Kościół w Taschenberg'u© sargath7

Odnowiony w 1988 r.© sargath7
Ogólnie kierunek na Locknitz, ale po drodze chcieliśmy jeszcze zahaczyć o zabytkowy młyn między miejscowościami Fahrenwalde, a Caselow, darowaliśmy sobie jednak takie atrakcje, bo chwilę wcześniej jadąc miedzy wioskami trafiliśmy na 3 kilometrowy odcinek nierównego bruku, którego nie dało się za cholerę ominąć. Po tym jak mnie wytelepało uznałem, że jedziemy tylko znanymi i gładkimi asfaltami do samego Locknitz najkrótszą drogą. Po drodze trafiła się jeszcze okazja do postoju nad jeziorkiem w Brussow.

Nad jeziorem Brussower See© sargath7

Nad jeziorem Brussower See© sargath7

Nad jeziorem Brussower See© sargath7

Nad jeziorem Brussower See© sargath7
Pięć kilometrów przed Locknitz jedziemy już po zmroku.

Zachód w Menkin© sargath7
Po godzinie rozjazd na Ku Słońcu, skręcam w lewo, a Adrian jeszcze gna do Gryfina.
Dane wyjazdu:
153.43 km
0.00 km teren
Trzcińsko Zdrój
Niedziela, 1 kwietnia 2012 · dodano: 16.04.2012 | Komentarze 9

Trzcińsko Zdrój© sargath7
Wypadało by zacząć od tego, że opisana wycieczka o mały włos miała się nie odbyć.
Z całego weekendu najwięcej czasu zwykle mam w sobotę i do tej pory ostatnimi czasy pogoda sprzyjała moim wojażom. Na ostatni dzień marca ustawialiśmy się wstępnie z Adrianem od połowy tygodnia, a jak przyszła sobota to się okazało, że cały dzień deszczowy. Dogadaliśmy się, że wieczorem dam znać co z niedzielą, ale jakoś tak czas szybko mi zleciał i co najlepsze wieczorem nad Szczecinem mieliśmy zamieć śnieżną, fakt faktem temperatura dodatnia i śnieg od razu się topił, ale myśl o rowerze jakoś przygasła i w sumie jak sobie przypomniałem, że miałem dać znać to było koło 1:00 w nocy, darowałem więc sobie – mówi się trudno, weekend bez roweru będzie. Rano jednak, tak przed 8:00 gdy się obudziłem, za oknem była tak świetna pogoda, że dzień bez roweru był by dniem straconym. Pomyślałem żeby dryndnąć do Adriana, ale tak z rana w niedzielę, nie wypada, no ale szkoda dnia... dzwonię, na szczęście nie spał i szybko dogadaliśmy się co do trasy.
Ogarnąłem się dość szybko i trochę po 10 byłem w Gryfinie. Adrian też był gotowy i zaproponował trzy traski – 50, 60 i 90 km do wyboru. Czasu miałem tak jak znam życie na max 100 km na dzisiaj, a już w obie strony do Gryfina pyknie mi prawie 60 dyszek, więc rozsądek nakazywał by wybranie wersji 50 km, no tak ale zawsze jest jakieś ale i człowiek zachłanny. Zapytałem czym się charakteryzują poszczególne traski, ale wystarczyło że Adrian wspomniał coś o kebabie na trasie 90 i jakoś człowiek mało asertywny się zrobił, więc wiadomo co było dalej :)
Koniec końców tak po 11 mijamy tablicę Gryfino i ciśniemy na południe. Po drodze jak zwykle pogaduchy, jazda spokojna, bez spięć. Na pierwszej lepszej fałdce w drodze do Bań, mijamy Romka, widać było że wali trening to go nie zatrzymywaliśmy. Pogoda cały czas zajebista, tylko trochę wiatr momentami wkurwiający.
Trasy krok po kroku nie będę opisywał, bo już i tak każdy pewnie śpi, więc teleportuję się do bram Trzcińska Zdrój, czyli najdalej wysuniętego punktu wycieczki. Jechaliśmy tam, bo miałem smaka na tamtejszego kebaba, ale wątpliwości zasiał Adrian, bo miasto jakieś takie wymarłe, w sumie niedziela, ale, ale przecież to polska. Niestety! Zamknięte, o to się zdenerwowałem :) Już mieliśmy do Pyrzyc walić, ale wyszło, że na powrocie w Chojnie coś na ruszta wrzucimy. Tak też się stało, w Chojnie trzasnęliśmy sobie po dwa hot-dogi i braszczyk. Następnie bez udziwnień przez Widuchową i do Gryfina. No i jak się nie foci to czasowo się można wyrobić w przyzwoitych porach. W Gryfinie meldujemy się około 15. Adrian zaprasza do siebie na herbatę, ale odmawiam, bo na horyzoncie widać nie pewne stalowe chmury, a mam nadzieję dojechać dzisiaj suchy do domu. Gdyby nie boczny wiatr to jechało by się przyzwoicie, jednak boczny wiatr to nic w porównaniu z frontowym jak zmieniłem kierunek na zachód, pod trasę zamkową podjeżdżałem żenująco wolno, bo ca 12 km/h tak w ryj nawalało, do tego zaczęły spadać pierwsze krople deszczu. W domu melduję się koło 16:30. Jest dobrze, nie zmokłem i wypad zaliczony, ale małe górki i wiatr trochę mnie dzisiaj wymęczyły.




